Sezon na badania terenowe

Lato kojarzy nam się zasadniczo z wakacjami, odpoczynkiem, rekreacją. Dla etnografa jednak to również czas wytężonej pracy w terenie. Pracownicy Muzeum Etnograficznego wyruszają na „łowy” ze stosownym sprzętem: dyktafonem, aparatem, skanerem… W poszukiwaniu odpowiedniego informatora często pomocne są nowoczesne sposoby komunikacji: internet, no i standardowo telefon. Przemieszczamy się zwykle samochodem.

Tradycja zorganizowanych badań terenowych w naszym muzeum sięga lat 50. XX w. Warto przytoczyć wspomnienia Stanisławy Darłakowej, uczestniczki obozu zorganizowanego przez doc. Franciszka Kotulę w 1957 r. w Harcie. Obrazują one przemiany w sposobie dokumentowania zjawisk kultury ludowej, jakie zaszły na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat.

„(…) Wcześniej przygotował doc. F. Kotula teren dla naszej wyprawy i czynił to za każdym razem, prosząc miejscowego gospodarza — sołtysa czy wójta, a najczęściej księdza proboszcza, o poinformowanie mieszkańców wsi o naszym przybyciu i życzliwe ustosunkowanie się do nas jako badaczy — dokumentalistów stanu kultury wsi w różnych aspektach. Sierpień był miesiącem każdorazowych wyjazdów w teren, jako najodpowiedniejszy czas, po zakończeniu żniw i młocki, ciężkiej pracy w polu. Muzeum nie posiadało w tym czasie żadnego środka lokomocji. Wyjazd obozowiczów do Harty z konieczności odbył się pociągiem. Najpierw do Przeworska, a stamtąd już słynną „ciuchcią” — dynówką do celu. Przy najbliższym moście okazało się, że pasażerowie muszą wysiąść, bo lokomotywa nie mieści się pod mostem. Bardzo nas to ubawiło, jak i cała jazda ciuchcią. Przeszliśmy grzecznie popod most, wsiedliśmy do następnego składu pociągu i z głośnym gwizdem nowej lokomotywki dojechaliśmy na miejsce. Byliśmy ciekawi wszystkiego, co nas czeka — przygoda, na pewno trudy, a może i niespodzianki. Zakwaterowanie mieliśmy przygotowane w prywatnych domach, wyżywienie zorganizowane, a reszta co dzień przyniesie (…)

Dzień przebiegał wedle ustalonego programu: oczywiście wspólne śniadanie, następnie rozdział zadań wg profesji każdego uczestnika i — wymarsz w teren. Najtrudniejszy był zawsze pierwszy dzień, należało „złapać” orientację w terenie, „zasięgnąć języka”, kto mógłby ewentualnie służyć swoimi wiadomościami i — „szczęść Boże” na drogę. Wędrowaliśmy grupkami rozchodząc się po drodze, w zależności od szczęścia w znalezieniu chętnego i „czasowego” informatora. A potem już pojedynczo, w domu lub w polu, nawiązywanie kontaktu z jedną lub kilkoma osobami. Na różnych ludzi się trafiało. Jedni
chętnie rozpoczynali rozmowę, inni „wymigiwali się”. Trzeba było nieraz nie lada sztuki i cierpliwości, aby nawiązać z nimi kontakt. Wpierw należało porozmawiać o zwykłych, codziennych problemach, aby w końcu naprowadzić rozmówcę na tematy nas interesujące. Początkowo, czasem nieufnie, jakby z zawstydzeniem zaczynali opowiadać o dawnych czasach i obyczajach, a widząc zainteresowanie z naszej strony, mówili swobodniej. U dobrego i chętnego informatora siedziało się nieraz długo i pisało, pisało.

W ciągu dnia spotykaliśmy się czasem przypadkowo i dzielili informacjami. Od czasu do czasu jawił się na horyzoncie docent w swej białej czapce, udzielał wskazówek, radził gdzie ewentualnie udać się — i znikał. Często zabierał ze sobą rysowniczkę, by od razu „na gorąco” dokumentować w rysunku ciekawe elementy dekoracyjne mebli, rzeźb, wzorów haftów itp.

Na umówioną godzinę późnego popołudnia wszyscy ściągali z terenu utrudzeni i głodni. Wieczorem dzieliliśmy się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami, przygotowując się na dzień następny i dalsze poszukiwania. Choć umęczeni, rozchodziliśmy się zadowoleni do przygotowanych kwater, przeglądając notatki zebrane w ciągu dnia.”

 

 

Skip to content