Garncarstwo

Glina jako surowiec wykorzystywana była przez wielu rzemieślników, zarówno garncarzy (zdunów) jak i ceglarzy.

Aby glina nadawała się do dalszej obróbki, musiała przejść niezwykle pracochłonny  i długotrwały proces przygotowawczy. Najpierw umieszczano ją na co najmniej rok w kopcach, następnie przenoszono do specjalnych dołów, gdzie zalewano wodą, mieszano, po czym kilkakrotnie deptano.

Następnie w zależności od rzemieślnika, który zaczynał  swoja pracę, proces obróbki przyjmował różną formę.

Mimo, że w przypadku rzemiosł zajmujących się wyrobami z gliny w warstwie językowej utrwalili się głównie garncarze, to jednak przetrwało kilka, co prawda już archaicznych powiedzeń o innych przedstawicielach. I tak wyrażenie „potrzebny  jak zdun w lipcu”, świadczy o postrzeganiu tego zawodu jako sezonowego. Natomiast do dziś mówimy np. „pali cegłę” w odniesieniu do człowieka, który się rumieni.

Ceglarze podczas pracy korzystali ze specjalnych form nadających cegłom prostokątny kształt, a praca odbywała się na stole posypanym piaskiem, aby glina nie przywierała do podłoża, następnie gotowe cegły podsuszano i wypalano.

Forma wykonana  z drewna, służyła do modelowania cegieł lepionych ręcznie z gliny, aby nie uszkodzić ukształtowanego wyrobu palcami przy zdejmowaniu formy, trzeba było pociągnąć ją za uchwyty.

Jan Słomka w „Pamiętnikach włościanina” o garncarzach pisał tak:

„Była w tym robota podobna jak z cegłą, tylko glina musiała być lepiej wyrobiona, nie mogło być w niej najmniejszej grudki, bo wystrzeliła i garnek nie dał się naprawić, piece były mniejsze i sklepione, a wypalanie ostrożniejsze, bo materiał był cieńszy i delikatniejszy. Towar był brany na targ od razu z pieca, gdyż wiele czasu zabierało wykładanie z pieca i układanie na furze.

Garncarstwo dawało zarobek lichszy niż bednarstwo. Garnek, który trza było ulepić, wysuszyć, wypalić, kosztował zaledwie od jednego do kilku centów. Wiele się psuło, nawet już w drodze na targ, gdy np. fura się wywaliła, co wszystko garncarz przypisywał czarom, że »ktoś mu poradził«. A jednak i z tego rzemiosła wiele ludzi żyło. Do ubóstwa garncarzy przyczyniało się najwięcej to, że podobnie jak bednarze sami swoich wyrobów w miastach nie sprzedawali, ale odstępowali je hurtownie na kopy Żydom, którzy często towar naprzód zadatkowali, nim jeszcze był wyrobiony i wypalony. W Tarnobrzegu trudniło się tym handlem kilka rodzin żydowskich, mających sklepy w ratuszu i na boku, i powodziło się im bez porównania lepiej niż samym garncarzom.”

W naszym regionie największym ośrodkiem garncarskim była Medynia Głogowska.

Niesprzyjające warunki dla rozwoju rolnictwa zmusiły jej mieszkańców do poszukiwania dodatkowych źródeł zarobku. Niezbyt żyzna gleba była jednak niezwykle bogata w złoża gliny. To właśnie ten surowiec pozwalał części mieszkańców czerpać profity.  Wydobywana glina wykorzystywana była bowiem do wyrobu cegieł i dachówek ceramicznych na potrzeby miejscowej ludności.

W połowie XIX w. w znacznym stopniu wzrosło zapotrzebowanie na naczynia gliniane, gdyż wykształciła się wtedy nowa klasa rolników, powstała po uwłaszczeniu . Gliniane naczynia które zaczęły wtedy powstawać w warsztatach działających na terenie ośrodka medyńskiego sprzedawane były zarówno  na pobliskich targach, jak również w większych miejscowościach takich jak: Jarosław, Przemyśl a nawet Lwów. Zapłatę pobierano najczęściej w naturze.

Więcej informacji o ośrodku garncarskim w Medyni Głogowskiej, jak i samych garncarzach znaleźć można na wystawie „RZE(miosło)”, która prezentowana jest w naszym Muzeum do 18 marca br.

 

Monika Zydroń